Wczoraj przyleciały do mnie dwa cudnej urody ptaszorki. Wygrałam je w konkursie zorganizowanym przez Ewę z Minty House. Nie mam zielonego pojęcia jak to się stało, bo ja nigdy nic nie wygrywam, ale tym razem przez "zielone pojęcie" mi się poszczęściło.
Ptaszki już się zadomowiły. Jak widać jeden wyeksmitował z gniazda kurę i tym sposobem zaginął wszelki ślad po wielkanocnych ozdobach.
Ponieważ w salonie zaszła mała reorganizacja przestrzeni (tak, tak - kolejna i z pewnością nie ostatnia) okazało się, że stary Singer musi się wyprowadzić. Pamiętacie, wspominałam już o nim kiedyś tutaj i tutaj, ale właściwie nigdy go nie pokazałam. Tak więc do trzech razy sztuka;)
Singera odziedziczyłam po babci i dość mocno go rozczłonkowałam. Wszystko dlatego, że w tym modelu maszyna nie chowała się pod spód, a mi bardzo zależało na tym, żeby mieć wolny blat. No cóż, jak się mieszkało na niecałych 19 metrach, to takie rzeczy nabierały ogromnego znaczenia. Tak więc maszyna wylądowała na półce jako dekoracja, a blat z dziurą w piwnicy. W zamian zamontowaliśmy inny, pobielony, który stworzył z nogami piękny stolik. I tak było aż do dziś. W związku z przemeblowaniem blat musiał nieco zmniejszyć swoje gabaryty i nie miał szans w starciu z piłą w rękach Adama. Singer mieszkał już w sypialni i w salonie więc teraz przyszła kolej na jadalnię.
Mam dziś ogromne problemy z internetem i nie mam siły z nim dłużej walczyć. Tak więc kończę ten post. Może jutro będzie lepiej.
Miłego dnia!
Marta




















