poniedziałek, 26 września 2016

Czy warto bielić drewno ługiem i jak je pielęgnować?

Od kogo najłatwiej nauczyć się brzydkich wyrazów? Od budowlańców oczywiście;) Pan Zdzisław, który wspomagał nas w generalnym remoncie mieszkania miał ich niezły zasób, ale prawdziwe wyżyny słowotwórczych wiązanek osiągnął, gdy męczył się z podłogą. Bo wymyśliła se taka jedna, że nie chce mieć pożółkłego lakieru na PRL-owskiej mozaice i kazała bielić. 
Ale najpierw cyklinowanie, szpachlowanie szpar, uzupełnianie deseczek w miejscach, gdzie wcześniej były ściany, itp. 
A potem trzeba się było dokształcić, co to ten cały ług i jak tym bielić. 
A potem jeszcze olejowanie białym olejem, żeby zabezpieczyć drewno i nadać mu gładkości. 
A potem marudzenie, że "szefowo tak biało to nawet w szpitalu nie mają". 

Czy warto było się tak męczyć? Zdecydowanie tak! Nie tylko nauczyłam się kilku wiązanek, od których uszy więdną (nigdy nie wiadomo, kiedy się przydadzą więc lepiej być przygotowanym), ale mam wymarzoną, jasną, drewnianą podłogę. Dzięki ługowaniu zyskała biały odcień, a jednocześnie widać słoje i strukturę drewna. Ma też tę przewagę nad podłogą malowaną farbą, że nie rysuje się i nie zdziera w trakcie codziennego użytkowania. Dziś podłoga w naszym mieszkaniu wygląda tak:


Gdy szukaliśmy mieszkania, zależało nam na tym, żeby miało drewnianą podłogę w niezłym stanie. Wiedzieliśmy, że nie będzie nas stać na położenie prawdziwych dech (do czasu, jeszcze będę takie miała!), ale za żadne skarby nie chcieliśmy mieć paneli. 
No i znaleźliśmy. Poniżej możecie podejrzeć jak nasz obecny salon wyglądał, gdy mieszkali tu poprzedni właściciele. Wcześniej podłoga była ciemna, żółta i na wysoki połysk, czyli standard przełomu lat 70 i 80-tych, kiedy to powstał nasz blok.
Jednym słowem było PASKUDNIE. Ale był też POTENCJAŁ, który postanowiliśmy wykorzystać.


Odkąd tu mieszkamy (czyli od 5,5 roku) nie cackamy się zbytnio z podłogą. Poza normalnymi, codziennymi atrakcjami - jak rozlewanie kawy i czerwonego wina, brudzenie smarami podczas remontu rowerów, szuranie meblami, czy robienie imprez na 30 osób (w tym stado dzieciaków w wieku przedszkolno-żłobkowym) - podłoga przeżyła również dwa potopy, spowodowane próbą ucieczki pralki z łazienki podczas wirowania. I o dziwo wciąż ma się dobrze. Podłoga, nie pralka (choć i ona nieźle się trzyma, jak na obecne standardy gwarancji wskazujące na wiek emerycki).

Jak dbamy o podłogę? Jeździmy na szmacie. A konkretnie najpierw myjemy mopem, a potem przecieramy szmatą do sucha. (Końcówka -my jest tu sporym nadużyciem, bo zwykle to Adam bierze na klatę ten rodzaj robót domowych.) Ktoś może się zdziwić, że traktujemy wodą olejowaną podłogę, ale już spieszę z wyjaśnieniami. Istnieje takie specjalne mydło w płynie do podłóg olejowanych, które miesza się z wodą w odpowiedniej proporcji. I tak za jednym zamachem usuwamy brud i zabezpieczamy drewno.

W te wakacje, gdy robiliśmy "mały remont", postanowiliśmy zrobić dobrze również podłodze i dopieścić ją kładąc świeżą warstwę oleju bielącego. Jak się za to zabrać?
1. Dokładnie myjemy podłogę i czekamy aż wyschnie
2. Mieszamy olej w puszce, a następnie nakładamy pędzlem na podłogę. 
3. W miejscach, w których podłoga jest mocniej eksploatowana (szlaki komunikacyjne, tam gdzie stoją krzesła, itp.) nakładamy grubszą warstwę, bo drewno wchłonie więcej oleju.
4. Odczekujemy trochę aż drewno "wypije" olej.
5. Pozostałą na powierzchni warstwę oleju dokładnie wcieramy szmatą w szczeliny oraz zbieramy nadmiar.
6. Pozostawiamy całość do wyschnięcia (np. przez noc). I gotowe.

Poniższe zdjęcie zrobiłam podczas olejowania. Na dole widać podłogę jeszcze przed położeniem świeżej warstwy oleju. Drewno nie ma ani odrobiny dawnego żółtego kolorku, ale biel troszkę poszarzała więc przydało się odświeżenie.


W podobny sposób, czyli ługiem i białym olejem rozjaśniliśmy również listwy przypodłogowe, parapety, wszystkie wewnętrzne drzwi, również te do spiżarni i do szaf w sypialni. Na celowniku mam jeszcze paleciakowy stolik, bo denerwuje mnie kolorek, którego nabrał przez tych kilka lat. Ale to będzie wymagało szlifowania więc chyba zostawimy sobie tę robotę na wiosnę.

Poniżej wrzucam jeszcze kilka zdjęć z salonu, żebyście mogli lepiej obejrzeć obecny kolor podłogi i parapetów.








Miłego dnia!
Marta

niedziela, 25 września 2016

Drzwi nr 87 i bonus

Przepiękna końcówka lata tak bardzo zawróciła mi w głowie, że komputer poszedł w odstawkę. Postanowiłam wykorzystać na maksa słoneczną pogodę, poobijać sobie nieco tyłek na rowerze, poszwendać się po lesie, pospacerować wieczorami nad Wisłą przy pełni księżyca, itp. Przez to ucichło tu na chwilę, choć kolejka wpisów czeka na publikację. Nie było nawet tradycyjnego wpisu z drzwiami w zeszły weekend (do czego to doszło!). Dlatego dziś, mimo że dopiero co wróciłam z weekendu w Pieninach (ale o tym innym razem), wpadam tu i nadrabiam zaległości. 
Poza wspaniałymi drzwiami, mam dla Was również kolaż ze zdjęć interesujących klamek. Zarówno drzwi jak i wszystkie klamki sfotografowałam w Ołomuńcu. Miasteczka naszych południowych sąsiadów to prawdziwe kopalnie takich pięknych detali architektury. Co za kunszt! Co za różnorodność! Co za fantazja!

Ciekawa jestem, którą z tych klamek wybralibyście do swojego domu, gdybyście musieli się na jakąś z nich zdecydować? Podzielcie się ze mną swoim wyborem w komentarzu.

Ołomuniec / Czechy



Więcej o cyklu przeczytacie tutaj.

Miłego dnia!
Marta

czwartek, 15 września 2016

Tu się (nie) pracuje

Nie nadaję się do siedzenia przy biurku. Nigdy się nie nadawałam. Lekcje zawsze odrabiałam siedząc na łóżku, o co toczyłam boje z rodzicami. Gdy na studiach uczyłam się do sesji, rozkładałam wokół siebie notatki na podłodze, bo na biurku i tak by się nie zmieściły. A w ciepłe dni, jak trzeba było coś ważnego przeczytać lub wkuć, przenosiłam się na koc do ogrodu. Kilka godzin siedzenia w szkolnej ławce, a teraz w pracy sprawia, że nasze domowe biuro jest nim tylko z nazwy. Nie przesiaduję tu. Nie pracuję tu. Nie piszę tu bloga.
 
Rozsiadam się z laptopem na kolanach na kanapie, w hamaku lub na balkonie. Nigdy przy biurku. No ale przecież nie da się z niego zrezygnować. Gdzieś trzeba trzymać różne papiernicze pierdoły. Gdzieś trzeba odłożyć komputer. Gdzieś Adam musi się rozkładać ze swoimi dziwnymi pomysłami jak lutowanie, malowanie figurek, rozkręcanie i skręcanie elektroniki wszelkiej maści, itp. Że o szyciu na maszynie nie wspomnę. Poza tym takie biurko wspaniale sprawdza się, jako szwedzki stół podczas różnych imprez ;)
 
Ostatnio z powodu malowania ściany w tym kącie zostały ogołocone i pewnie jeszcze przez chwilę tak zostanie. Nie muszę przechowywać tu sterty segregatorów z "megakurwaważnymi" dokumentami, dlatego mogę pozwolić sobie na minimalistyczną wersję domowego biura. Planuję powiesić ze dwie, raczej symboliczne półeczki na skórzanych paskach, pasującą do nich wiszącą doniczkę i pewnie jakiś plakat. Ale póki co hołduję zasadzie, że mniej znaczy więcej.
 






Jak znudzi mi się minimalizm i postanowię w końcu bardziej zagospodarować ten kąt, na pewno pokażę Wam efekty. A może macie jakieś sugestie i dobre rady?
 
Miłego dnia!
Marta

poniedziałek, 12 września 2016

Drzwi nr 86

Są na starym mieście, ale nie są bardzo wiekowe. Choć stylówkę mają raczej renesansową. Taki paradoks stolicy, w której cała starówka legła w gruzach w czasie powstania warszawskiego, a następnie została odbudowana. 
To furta przy kościele św. Marcina. Takie małe boczne drzwiczki prowadzące do klasztoru sióstr franciszkanek. Podobają mi się okucia, ceglaste zwieńczenie, wytarty kamienny próg i przede wszystkim podświetlona tabliczka z wykutą nazwą ulicy i numerem budynku. Kołatka i wizjer w drzwiach też są ładne.

I o ile zwykle piszę przy takich okazjach, że ciekawa jestem co się kryje za tymi drzwiami, to przyznam się, że tym razem dobrze wiem dokąd prowadzą. Jest tam piękny, malutki dziedziniec, otoczony krużgankami. Można naprawdę poczuć się, jakby człowiek cofnął się w czasie, zwłaszcza gdy słychać dźwięki muzyki organowej dobiegające z kościoła. Szkoda tylko, że chyba nie da się tam tak po prostu wejść przy okazji spaceru. A może właśnie to dobrze, bo inaczej przestałoby być tak magicznie?

Warszawa / Polska


Więcej o cyklu przeczytacie tutaj.

Miłego dnia!
Marta
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...