Jakiś czas temu szwagier przywiózł nam z Londynu (a może to był Lądek Zdrój?) fajną butlę z cudną wariacją na temat brytyjskiego plakatu z czasu II wojny, zagrzewającego dzielnych chłopaków do walki. Hasło przeżywa właśnie drugą młodość i przybiera coraz to nowe, zabawne formy. Jak dla mnie ta z butelki jest idealna ;)
Mnie do walki zagrzewać nie trzeba. Z natury bywam zołzowata i wredna, ale na szczęście tylko dla tych, którzy naprawdę mi podpadną. Podobno skorpiony tak mają (dobrze, że mam wymówkę). Zdecydowanie zamiast złoszczenia się wolę w spokoju rozsiąść się w fotelu i wypić coś dobrego. Na urodziny dostałam od taty domową nalewkę zrobioną na owocach dzikiej róży. Pyyyyycha! Nadaje się idealnie do leniwego delektowania się nią w długie, listopadowe wieczory. Szkoda tylko, że zapas się kurczy. Może powinnam z czerwonym bidonikiem zgłosić się do taty po dolewkę? ;)
Miłego dnia!
Marta
