środa, 10 października 2018

Panorama Tatr - czyli moja recepta na szczęście

Jesień jest w tym roku dla nas bardzo łaskawa. Mam nadzieję, że piękna pogoda utrzyma się jeszcze przez jakiś czas, bo zamierzam wyskoczyć w góry i tak jak w zeszłym roku o tej porze podziwiać niesamowite kolory, jakimi raczy nas przyroda.

Postaram się przywieźć ładne fotki, ale póki co dzielę się z wami kilkoma kadrami z Tatr.


Do Zakopanego pojechaliśmy w drugiej połowie sierpnia. Nie mieliśmy dużo czasu na wędrówki - raptem przedłużony weekend. Chciałoby się nawiązać do słów cezara Julka i powiedzieć "przybyłam, zobaczyłam, zwyciężyłam", ale muszę przyznać sama przed sobą, że moja ogólna kondycja  pozostawiała wiele do życzenia i z tym zwycięstwem (zwłaszcza nad własnymi słabościami) to tak nie najlepiej mi poszło. Najbardziej we znaki dały mi się problemy z kolanem, które wykluczyły mnie z porządnej wysokogórskiej wspinaczki.  Kiedyś zostanę cyborgiem i zafunduję sobie porządny tytanowy staw, ale póki co, żeby zobaczyć najwyższe szczyty musiałam zadowolić się półśrodkami i wykorzystać dobrodziejstwo istnienia innych maszyn. W końcu od czego jest kolejka na Kasprowy Wierch!

piątek, 28 września 2018

Domowa dżungla - czyli skąd biorę, gdzie trzymam i jak pielęgnuję rośliny.

Genów palcem nie wydłubiesz. Tak prawda.
Jedenaście lat temu, gdy zamieszkaliśmy z Adamem w naszej maleńkiej kawalerce, zapierałam się rękami i nogami, żeby nie mieć tam kwiatów. Po pierwsze uważałam, że nie mamy na nie miejsca. Po drugie mój dom rodzinny zawsze był pełen kwiatów i chciałam od tego odpocząć  Mimo to mój świeżo upieczony mąż uparł się na niewielkiego fikusa z Ikea (żyjemy z nim do dziś, choć to trudna relacja - chyba żaden inny kwiatek w naszym domu mnie tak nie wkur...). Potem przyjaciele podarowali nam zamiokulkasa. A potem przeprowadziliśmy się do większego mieszkania i poszło już z górki.


Moja Mama ma świetną rękę do kwiatów i pamiętam z dzieciństwa, że nie tylko mieliśmy dużo roślin, ale Mama wciąż coś rozsadzała, ukorzeniała, itp. Gdy jakieś cioteczki - psiapsiółeczki wpadały w odwiedziny i przy okazji zachwycały się kwiatami, to zwykle dostawały minimum jedną doniczkę na wynos. Na szczęście rodzice nigdy nie wpadli na modny wówczas pomysł, żeby rozwieszać po mieszkaniu żyłki, po których mogłyby piąć się pędy. Nie mieliśmy też wiklinowych ani żeliwnych kwietników. W ogóle nasze mieszkanie było nietypowe, bo brakowało w nim obowiązkowych elementów wyposażenia ze schyłku PRL-u takich jak meblościanka, komoda z politurą błyszcząca się jak psu wiadomo co, itp. No ale kwiaty były. I po krótkim okresie roślinnego detoksu spowodowanego brakiem miejsca w kawalerce, ja również postanowiłam, że chcę je mieć w swoim domu.

piątek, 21 września 2018

Jeden dzień w Helsinkach

Od naszej wizyty w Helsinkach minął już rok. Chyba najwyższa pora, żeby wreszcie pokazać co nieco na blogu, opisać nasze subiektywne wrażenia i podpowiedzieć, co warto w tym mieście zobaczyć. Przygotujcie się więc na sporą porcję zdjęć i wrażeń.

Helsinki odwiedziliśmy dość spontanicznie. Wystarczył telefon od przyjaciół mieszkających w fińskiej miejscowości Rauma (pisałam o niej TU i TU) akurat, gdy siedzieliśmy w jednej z kawiarni w Talinie i już następnego dnia płynęliśmy promem do Finlandii. Postanowiliśmy, że poza wizytą u przyjaciół, przeznaczymy jeden dzień na to, żeby zwiedzić stolicę. I choć pewien niedosyt pozostał, to wydaje się, że udało nam się zobaczyć prawie wszystkie najważniejsze miejsca na turystycznej mapie miasta.


Najfajniejsze w wyprawie promem jest to, że port znajduje się praktycznie w samym centrum miasta. Dopływając do przystani mija się niezliczoną ilość skalistych wysepek. Można podziwiać typowo skandynawskie czerwone domki, a także jedną z atrakcji turystycznych - zbudowany na wyspach fort Suomenlinna.

niedziela, 9 września 2018

Tarta z gruszką i kozim serem - czyli przepis w sam raz na koniec lata

Troszkę mi smutno, że to już koniec lata. Po wspaniałym sierpniu pełnym słońca i czasu spędzonego z przyjaciółmi zostały mi wspomnienia ciepłych wieczorów i próbowania nowych potraw na warszawskim Nocnym Markecie, wspólnych posiłków przy wielkim stole u Izy w Starachowicach i kilkadziesiąt słoików własnoręcznie zrobionych przetworów. Sierpień to mój ulubiony miesiąc (na równi z majem) i warstwa kulinarna na pewno ma ogromny wpływ na jego miejsce w tym osobistym rankingu. Pachnące pomidory, słodkie maliny, soczyste gruszki, kwaśne jabłka, chrupiące młode papryki i cukinie... to moje ukochane smaki końcówki lata. Jeśli tak jak ja zajadacie się teraz na okrągło sezonowymi owocami i warzywami, to mam nadzieję, że przyda wam się przepis na pyszną, wegetariańską tartę.


Wytrawną tartę z gruszkami, którą widzicie na powyższym zdjęciu, zrobiłam ostatnio podczas pobytu w Starachowicach i tak bardzo wszystkim smakowała, że zainspirowana przez Izę, postanowiłam podzielić się tym prostym przepisem. 

czwartek, 30 sierpnia 2018

Kołatki jakich nie widzieliście - czyli nietypowa pamiątka z wakacji

Niektórzy przywożą z wakacji pamiątki w postaci muszelek, ciupag, breloczków z Wieżą Eiffla, dodatkowych kilogramów (ups, to o mnie), itp. Ja przywożę specjały kulinarne z regionu, który odwiedziłam i hurtowe ilości zdjęć. Wśród nich zawsze znajdą się jakieś ujęcia drzwi i dekoracyjnych detali. Takie zboczenie ;)

Być może pamiętacie serię postów zatytułowaną PIĘKNE DRZWI. Przez dwa lata pokazałam tutaj ponad setkę zdjęć drzwi, klamek, kołatek i różnych snycerskich detali, które z jakiegoś powodu mnie zaciekawiły i zauroczyły. Ponieważ cykl zaczął za mocno dominować na blogu, postanowiłam ograniczyć publikację tego typu zdjęć, ale to nie oznacza, że przestałam je robić ;) 


Dzisiejszym wpisem chciałabym nawiązać do cyklu i pokazać wam zdjęcia, na których uwieczniłam pomysłowe kołatki i kilka pięknych klamek. Wszystkie sfotografowałam podczas tegorocznych wakacji na południu Europy. Zauważyłam, że zwłaszcza w Grecji kołatki na drzwiach są wciąż bardzo popularne. Sądząc po stanie ich zużycia, do dziś pełnią rolę użytkową, a nie tylko ozdobną. Wyobrażam sobie, że listonosz zawsze jak przychodzi to stuka dwa razy, kochanek cztery, a wścibska sąsiadka wali, aż jej ktoś w końcu otworzy :)))

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Kolacja na tarasie - stylizacja w stylu pustynnego boho

Co jakiś czas (w sumie to zadziwiająco często) różne osoby pytają mnie co ja właściwie mam z tego całego blogowania. Zwykle w podtekście wisi pytanie o jakieś korzyści materialne. I zawsze jest tak samo. Ja jestem zdziwiona tym pytaniem, a ludzie moją odpowiedzią. Bo dla mnie prowadzenie bloga, to przede wszystkim realizowanie swojego hobby. Interesuję się urządzaniem wnętrz, lubię poznawać nowe trendy w projektowaniu, ciekawi mnie design użytkowy. Lubię remontować stylizować i wciąż coś zmieniać w swoim mieszkaniu. Lubię dzielić się pomysłami, podróżować i robić zdjęcia. Prowadzenie bloga pozwala mi nadać tym wszystkim pasjom jakieś ramy i trochę je okiełznać ;)  

Najcenniejszą rzeczą, którą dało mi ostatnich kilka lat blogowania są ludzie. Tak - właśnie to jest moja odpowiedź na pytanie postawione w pierwszym zdaniu. Są wierni czytelnicy bloga, są liczni obserwatorzy na instagramie i fb - społeczność, która skomentuje, doradzi, czasem skrytykuje a czasem da kopa do działania. Są wreszcie inne blogerki - dziewczyny które podzielają moje zainteresowania, rozumieją "dziwactwa", podpowiadają, gdy potrzebuję rady, inspirują, itp.

I jest taka szczególna grupa dziewczyn, z którymi nie poznałabym się, gdyby nie blogowanie, a z którymi od kilku lat przyjaźnię się nie tylko w wirtualnym, ale również w tym realnym świecie. Spotykamy się regularnie, a jedną z naszych tradycji (chyba można już tak powiedzieć) jest coroczne letnie spotkanie w rodzinnym domu Izy w Starachowicach.


W tym roku, podobnie jak w poprzednim, zabrałyśmy mężów i dzieci i przez kilka dni cieszyłyśmy się własnym towarzystwem. Były wspólne posiłki, spacery, ogniska, obserwowanie spadających gwiazd, zabawy w ogrodzie, leniuchowanie na nowym tarasie i rozmowy do późnych godzin nocnych. Było też to, co lubimy najbardziej, czyli stylizowanie stołu do uroczystej kolacji. I właśnie tę stylizację chciałabym wam dzisiaj pokazać.

wtorek, 7 sierpnia 2018

Jak urządzić małą sypialnię... i o tym co chemia ma wspólnego z wystrojem wnętrz

Siedzę sobie na kanapie. Pije kawę. Patrzę na to nasze mieszkanie, które lubię i w którym dobrze się czuję, i myślę: "ciasne, ale własne". I wtedy mój wzrok pada na stertę listów z banku z informacją o kolejnych ratach kredytu, które dostajemy co miesiąc. Szukam więc w głowie innego powiedzenia i dochodzę do wniosku, że stwierdzenie, że "czuję miętę" do naszego mieszkania byłoby całkiem na miejscu, gdyby nie fakt, że w domu nie ma nic miętowego, a ja nie jestem fanką ziołowych herbatek. Jest za to ściana w kolorze butelkowej zieleni. Przypadek? Nie sądzę ;) Ale nie znam chyba żadnego powiedzenia wyrażającego sympatię za pomocą porównania do mocniejszych trunków.

Pozostaje mi więc jedynie stwierdzić, że "jest między nami chemia". Dziwna to myśl, jak na kogoś, kto miał kiepskie stopnie z tego przedmiotu, ale nauczyłam się na nim co to jest reakcja łańcuchowa. I z całą stanowczością mogę stwierdzić, że podczas urządzania mieszkania zostałam takim ekspertem w tym temacie, że mogliby mnie zatrudnić w jakimś centrum badań jądrowych. U nas jedna mała zmiana inicjuje całą serię kolejnych. A wszystko dlatego, że nieustannie próbuję w jakiś sensowny sposób pomieścić nasz dobytek.


Już jakiś czas temu doszliśmy do tego, że to mieszkanie jest dla nas za małe. Wszystko przez nasze różne pasje. Nie umiemy żyć bez książek i choć część oddajemy, to i tak jest ich coraz więcej. Przyrasta ilość sprzętu turystycznego, fotograficznego i niezbędnego do uprawiania różnych sportów. Rozwój osobisty i zawodowy jest przyczyną gromadzenia kolejnych papierów, a zamiłowanie do majsterkowania skutkuje kolekcjonowaniem niezbędnych narzędzi. Zdecydowane przydałby się jeszcze jeden pokój. A jakby się tak mocniej rozmarzyć to i garaż, w którym oprócz samochodu dałoby się upchnąć kilka rowerów i kajak górski. 
Póki co marzenia pozostają marzeniami, a ja postanowiłam po prostu kupić nowe szafki i wcisnąć je do najmniejszego pokoju, czyli 12-sto metrowej sypialni, na dotychczasowe miejsce regału. A regał powędrował do salonu w miejsce lampy. A lampa do jadalni... teraz już rozumiecie o co chodzi z tą reakcją łańcuchową?

czwartek, 26 lipca 2018

Rejs po greckich wyspach cz. 2 - Hydra, Poros, Egina

Z pierwszej części relacji z naszego rejsu po greckich wyspach mogliście dowiedzieć się trochę  na temat wielu zalet i kilku wad, jakie ma dla mnie pływanie żaglówką. Starałam się dorzucić kilka informacji praktycznych, o tym co warto ze sobą zabrać na łódkę, no i przede wszystkim - pokazałam dużo "typowo greckich" zdjęć. Skąd ten cudzysłów? Otóż okazuje się, że białe domki z niebieskimi oknami i tarasami na dachach to tylko jedno z obliczy greckich wysepek.

port

W dzisiejszym wpisie mniej będzie o samym żeglowaniu. Chcę wam raczej pokazać wysepki, na które łatwo można się dostać  promami z Aten (port w Pireusie). Jeśli wybieracie się do greckiej stolicy, to poza zwiedzaniem Akropolu zaplanujcie sobie jednodniowe wycieczki do tych uroczych miejsc. Prom płynie 1-2 godziny, a przeniesiecie się do zupełnie innego świata niż głośne, niezbyt czyste i bardzo zatłoczone Ateny. 

wtorek, 3 lipca 2018

Rejs po greckich wyspach cz. 1 - Milos, Kythnos i Serifos

Ahoj załogo! Gotowi na rejs? Chciałoby się napisać, że jako kapitan zabieram was na łódkę i płyniemy razem na Cyklady, ale prawda jest taka, że ja to nawet na majtka się średnio nadaję. Tak się jakoś składa, że na dźwięk słów: morze, fale i bujanie robię się lekko zielona. Możecie więc sobie wyobrazić jaki był ze mnie  pożytek na łódce, gdy na początku naszego kwietniowego rejsu po greckich wyspach wiało w porywach do 40 węzłów, a fale pięły się w górę ;) 

Ale przecież co nas nie zabije, to nas wzmocni. Lekka dieta też jeszcze nikomu nie zaszkodziła. I jaka to fajna przygoda! Zakładasz kamizelkę, przypinasz się stalowymi linkami i możesz poczuć się jak na zawodach Volvo Ocean Race. No i na szczęście (prawdziwi żeglarze łapią się teraz za głowy) przez większą część wyjazdu mieliśmy jedynie lekki wiaterek, gładkie morze i gorące słoneczko. Czyli coś w sam raz dla zmęczonych długa zimą i spragnionych relaksu szczurów lądowych.

 Grecja

Przez 10 dni naszym domem była żaglówka HappyHours – ta sama, którą kilka lat temu pływaliśmy po Kanarach. Sprawdzona łódka, sprawdzona załoga i tylko okolica była dla nas zupełnie nowa. W Grecji nas jeszcze nie było więc chłonęłam jak gąbka wszystkie widoki, lokalne smaki, itp. 

czwartek, 21 czerwca 2018

Wędrówki rzeczy

Podobno kobieta zmienną jest. Nie wiem, nie umiem tego obiektywnie ocenić. Jedno wiem za to na pewno. Najbardziej zmienne na świecie są dekoracje w moim mieszkaniu ;) Ale ponieważ jeszcze nie udało mi się dotrzeć na koniec tęczy, żeby zgarnąć gar złotych monet (no i duch zero waste jest mi dość bliski), to staram się nie kupować co chwilę nowych bibelotów. Dlatego dzisiejszy wpis będzie o tym, jak tworzę dekoracje w kółko z tego samego.


Każda nowość w naszym domu powoduje lawinę zmian. Wystarczy, że wrócę z kolejna doniczką, świecznikiem, sezonowym bukietem lub garścią kasztanów i zaczyna się przestawianie, przenoszenie między pokojami, rearanżowanie. Lubię ten ruch. Przedmioty wędrują po mieszkaniu. Czasem dostają nowe funkcje, a czasem po prostu pasują mi do kompozycji.

piątek, 15 czerwca 2018

Lublana - miasto smoków

W poprzednim wpisie obiecałam, że podzielę się z wami wrażeniami z moich nie za długich, ale dość licznych podróży. Myślę, że nie jesteście stereotypową Grażyną i Januszem wykupującymi wycieczkę co roku do tego samego hotelu w Egipcie i może moje posty będą dla was inspiracją przy wyborze kierunku wakacyjnych wypadów. A jeśli jednak Grażka i Janusz to wy, to może dzięki tym wirtualnym podróżom zachęcę was do zmiany nawyków i wyruszenia w miejsca, których jeszcze nie znacie? Albo sobie po prostu pozwiedzajcie ze mną wirtualnie i trochę "pocztówek" pooglądajcie ;)


Dziś zapraszam was na szybką wizytę w słoweńskiej stolicy - Lublanie. Kraj mały więc stolica też kameralna, ale za to charakterna. Byłam tam już dwa razy i mogłabym spokojnie wracać przynajmniej raz do roku. A oto  lista 10-ciu powodów, dlaczego to miasto mi się podoba:

niedziela, 10 czerwca 2018

O zmianach w życiu i w salonie

Tak dawno tu nie pisałam, że chyba należy wam się kilka słów wyjaśnienia. Od czego by tu zacząć? Najpierw była apokalipsa zombie, potem porwało mnie ufo, następnie musiałam w pojedynkę uratować świat przed zagładą... Na pewno rozumiecie, że każdy ma w życiu takie chwile, kiedy świat wali mu się na głowę, przytłaczając milionem spraw. A każda z nich priorytetowa, każda na wczoraj i od każdej zależą losy ludzkości. 

Ostatnie miesiące (a może nawet lata?) były dla mnie mocno wymagające. A może to tylko mi - nieuleczalnej perfekcjonistce - tak się wydawało? No bo przecież mądre, silne i wrażliwe kobiety z wszystkim dają sobie radę. Żadne wyzwanie im niestraszne. Żadne zombie, czy ufo nie są w stanie ich powstrzymać. Zapierdalają żeby uratować ten cholerny świat i choć pod nosem klną jak szewc, to jeszcze posyłają uśmiechy na prawo i lewo i do wszystkich wokół wyciągają pomocną dłoń. Wyciągają, bo jak tego nie zrobią, to wyrzuty sumienia nie dają im spać. Biorą na siebie za dużo, ale i tak chcą wszystko zrobić na 120%. Nie mają czasu, żeby wyleżeć chorobę. Nie  mają kiedy zaplanować urlopu.  Na spotkania z przyjaciółmi też nie mają czasu, bo każdy wolny weekend starają się spędzić za miastem (albo nie wychodząc z łóżka), żeby choć trochę podładować baterie i mieć siłę dalej zapierdalać. Ale wydaje im się, że tak trzeba. Że to normalne. Że na tym polega dorosłość i odpowiedzialność. Że nikt za nie tego nie zrobi. Że gdy przyjaciele proszą o pomoc, to się nie odmawia. Znacie to?


Jakoś pod koniec lutego przyznałam sama przed sobą, że bycie superbohaterką jest fajne tylko kiedy masz świetne ciało i obłędnie wyglądasz w seksownej masce i obcisłych ciuchach (wiecie, majtki zakładane na getry i te sprawy). Cała reszta jest do dupy. No a że lata świetności mojego ciała przeminęły wraz z liceum, uznałam, że koniec tej zabawy. 

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Wesołych Świąt!

Święta jak zwykle u nas bardzo rodzinne i raczej jesteśmy offline, ale wpadam tu na moment, żeby życzyć Wam wszystkiego dobrego. Mam nadzieję, że ten czas mija Wam w radosnej atmosferze. Znajdźcie czas dla najbliższych, znajdźcie czas na odpoczynek, znajdźcie czas na drobne przyjemności. I nie przejadajcie się za bardzo ;) Od jutra podobno ma wrócić dobra pogoda więc, życzę Wam również, żebyście znaleźli czas na wiosenny spacer. Wesołych Świąt!


Takie kosmiczne pisanki mi wyszły przypadkiem w tym roku. Farbowałam jajka w czerwonej kapuście i gdy zobaczyłam to ciekawe cieniowanie, to od razu skojarzył mi się motyw galaktyczny. Wystarczyło spryskać odrobiną błyszczącej farby i kosmiczny efekt gotowy ;)
A wy jak ozdabiacie pisanki? Farbujecie, malujecie, obklejacie? Jak zawsze szukam inspiracji więc podzielcie się w komentarzach swoimi pomysłami.

Miłego dnia!
Marta

sobota, 3 lutego 2018

Zima w Bieszczadach

W liceum i na studiach kilkukrotnie zdarzało mi się spędzać sylwestra w Bieszczadach. Ładowaliśmy się z przyjaciółmi w "strzałę południa", czyli pociąg relacji Warszawa - Zagórz, który pokonywał tę trasę nocą w zawrotnym tempie 12-13 godzin. Następnie przesiadaliśmy się w kolejny pociąg lub pks i po kolejnych kilku godzinach lądowaliśmy pod samą granicą. Gdzieś na końcu świata, odcięci od rzeczywistości, zasypani śniegiem co najmniej po pas, urządzaliśmy zimowe wędrówki, budowaliśmy iglo, graliśmy w planszówki (zanim to było modne) i tropiliśmy dzikie zwierzęta. 

połoniny

W Bieszczadach zima zawsze była na całego. Czasem jak dobrze sypnęło, to Cisna bywała odcięta od świata przez kilka dni, zanim pługi się przedarły przez zaspy. I to nie było wcale tak dawno. I kiedy Adam na jesieni oznajmił, że zamierza startować w zimowym ultramaratonie bieszczadzkim, to ani chwili nie wahałam się jechać z nim, oczekując właśnie takiej zimowej przygody.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...