piątek, 15 czerwca 2018

Lublana - miasto smoków

W poprzednim wpisie obiecałam, że podzielę się z wami wrażeniami z moich nie za długich, ale za to dość licznych podróży. Mam nadzieję, że nie jesteście stereotypową Grażyną i Januszem wykupującymi wycieczkę co roku do tego samego hotelu w Egipcie i że moje posty będą dla was inspiracją przy wyborze kierunku wakacyjnych wypadów. A jeśli jednak Grażka i Janusz to wy, to może dzięki tym wirtualnym podróżom zachęcę was do zmiany nawyków? Albo sobie po prostu trochę "pocztówek" pooglądacie ;)

Zrobiłam listę i wyszło mi, że na chwilę obecną materiału mam przynajmniej na 14 wpisów podróżniczych. Trochę dużo jak na kogoś, kto zaczyna rok kalendarzowy z 45 dniami urlopu, bo nie ma go kiedy wykorzystać ;) Tak sobie myślę, że to tylko pokazuje, jak intensywnie ostatnio żyłam. W pracy zakręcona jak słoik po ogórkach, po pracy - jak ruski termos. Ale ja uwielbiam zwiedzać świat, odwiedzać nowe miejsca, poznawać ludzi, próbować nowych smaków. Moja podróżnicza lista marzeń zamiast się kurczyć, ciągle rośnie ;) Taką intensywność to ja lubię. Wtedy - nawet gdy nogi odpadają a apka pokazuje wydreptane 40 tys. kroków - naprawdę wypoczywam.

Jeśli odwiedzacie mój blog głównie z powodu wnętrz, to nie lękajcie się. Oto niosę wam radość wielką, że lista pomysłów na wpisy wnętrzarsko-dekoratorskie jest co najmniej równie długa, jak na podróżnicze. Postaram się w najbliższym czasie przeplatać ze sobą te dwa główne wątki. Zdradzę wam też, że w notesie (tak, w tej kwestii pozostaję analogowa - bo ja po prostu kocham piękne zeszyty i notesy) pojawiły się pomysły na nowe cykle więc myślę, że będziecie zadowoleni.


Po tym przydługim wstępie zapraszam was na szybką wizytę w słoweńskiej stolicy - Lublanie. Kraj mały więc stolica też kameralna, ale za to charakterna. Byłam tam już dwa razy i mogłabym spokojnie wracać przynajmniej raz do roku. A oto  lista 10-ciu powodów, dlaczego to miasto mi się podoba:

niedziela, 10 czerwca 2018

O zmianach w życiu i w salonie

Tak dawno tu nie pisałam, że chyba należy wam się kilka słów wyjaśnienia. Od czego by tu zacząć? Najpierw była apokalipsa zombie, potem porwało mnie ufo, następnie musiałam w pojedynkę uratować świat przed zagładą... Na pewno rozumiecie, że każdy ma w życiu takie chwile, kiedy świat wali mu się na głowę, przytłaczając milionem spraw. A każda z nich priorytetowa, każda na wczoraj i od każdej zależą losy ludzkości. 

Ostatnie miesiące (a może nawet lata?) były dla mnie mocno wymagające. A może to tylko mi - nieuleczalnej perfekcjonistce - tak się wydawało? No bo przecież mądre, silne i wrażliwe kobiety z wszystkim dają sobie radę. Żadne wyzwanie im niestraszne. Żadne zombie, czy ufo nie są w stanie ich powstrzymać. Zapierdalają żeby uratować ten cholerny świat i choć pod nosem klną jak szewc, to jeszcze posyłają uśmiechy na prawo i lewo i do wszystkich wokół wyciągają pomocną dłoń. Wyciągają, bo jak tego nie zrobią, to wyrzuty sumienia nie dają im spać. Biorą na siebie za dużo, ale i tak chcą wszystko zrobić na 120%. Nie mają czasu, żeby wyleżeć chorobę. Nie  mają kiedy zaplanować urlopu.  Na spotkania z przyjaciółmi też nie mają czasu, bo każdy wolny weekend starają się spędzić za miastem (albo nie wychodząc z łóżka), żeby choć trochę podładować baterie i mieć siłę dalej zapierdalać. Ale wydaje im się, że tak trzeba. Że to normalne. Że na tym polega dorosłość i odpowiedzialność. Że nikt za nie tego nie zrobi. Że gdy przyjaciele proszą o pomoc, to się nie odmawia. Znacie to?


Jakoś pod koniec lutego przyznałam sama przed sobą, że bycie superbohaterką jest fajne tylko kiedy masz świetne ciało i obłędnie wyglądasz w seksownej masce i obcisłych ciuchach (wiecie, majtki zakładane na getry i te sprawy). Cała reszta jest do dupy. No a że lata świetności mojego ciała przeminęły wraz z liceum, uznałam, że koniec tej zabawy. 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...